Wyślijmy wahadłowiec na Księżyc… czyli recenzja książki “Houston, lecimy!”

Słuchaliście kiedyś kosmicznej symfonii? Gra ją niewiele orkiestr na świecie. Jedną z nich jest centrum kontroli misji w Houston. Nie uświadczymy tam jednak muzyków, a doświadczonych kontrolerów. Instrumenty też mają inne. Zamiast skrzypiec, klarnetów czy puzonów mrugają do nich monitory pełne wykresów, wskaźników i danych. Każdy informuje ich o czymś innym – w jakim stanie są silniki rakiety, czy trajektoria lotu jest poprawna, jak czuje się załoga, czy stacja jest na poprawnej orbicie. Podobnie jak prawdziwa orkiestra tak i ta w centrum kontroli misji ma swojego dyrygenta, dyrektora lotów, który dba o poprawny przebieg symfonii.

Paul Dye pełnił tę zaszczytną funkcję najdłużej w dotychczasowej historii Houston. Pod jego okiem w kosmos wyprawiały się kolejne załogi wahadłowców, na orbitę wynoszono pierwsze stacje kosmiczne, aż wreszcie przystąpiono do budowy jednego z największych przedsięwzięć ludzkości – Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Dye zaangażowany był w aż 39 różnych misji, dzięki czemu uzyskał szeroki wgląd w amerykański program kosmiczny. Tym dzieli się z nami, czytelnikami, w swojej najnowszej książce „Houston, lecimy!” wydanej nakładem wydawnictwa Muza.  

Kosmiczna orkiestra

A jest czym. Dye zabiera nas w długą i pełną różnych nauk opowieść, poczynając od momentu otrzymania swoich pierwszych słuchawek – podstawowego narzędzia pracy kontrolera lotów – po ostatnie loty wahadłowców w kosmos. Na kolejnych stronach dowiadujemy się szczegółów funkcjonowania skomplikowanej machiny, jaką jest centrum kontroli lotów w Houston, jakie są zadania poszczególnych kontrolerów, ich zespołów, kto z kim się porozumiewa i czego dogląda. Jedna misja wahadłowca to ogrom pracy organizacyjnej i nadzorowania wszystkiego od samego początku po dogłębną analizę tego, co się wydarzyło w jej trakcie. 

Dye otwiera przed czytelnikami ogromny świat, którego zazwyczaj nie dostrzega się podczas np. oglądania transmisji ze startów statków Sojuz czy Dragon. Świata ludzi skrytych za monitorami, grubymi instrukcjami, w słuchawkach, porozumiewających się w niezrozumiałym dla zwykłego człowieka języku. Ludzi, którzy pilnują bezpieczeństwa astronautów i przebiegu misji na każdym jej etapie, w każdej sekundzie. 

Coś dla fanów wahadłowców

Dye opowiadając o swojej pracy w centrum kontroli lotów opowiada także o trwającym przez dekady ambitnym programie wahadłowców. Statków, które pozwoliły na eksplorację kosmosu na niespotykaną wcześniej skalę. Dzięki nim możliwa było skonstruowanie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, najbardziej kosztownego projektu w dziejach ludzkości. Autor wspomina w książce o wielu misjach wahadłowców, faktycznych i symulowanych, a przy okazji zarzuca nas różnymi ciekawostkami na temat ich budowy oraz działania. 

Przywołuje on także różne, mniej lub bardziej zabawne historie, jakie miały miejsce podczas tych wypraw, jak pierwszy z brzegu pomysł wysłania promu na orbitę Księżyca. Astronauci musieli się zdziwić, kiedy otrzymali z centrum komplet danych potrzebnych do przeprowadzenia takiego manewru. Niestety z wyraźnym dopiskiem “nie przeprowadzać”. 

Estetyczna i przystępna

Książka wizualnie prezentuje się bardzo dobrze. Okładka, widziana wpierw w wersji online, nie przypadła mi wtedy do gustu, ale zmieniłem zdanie po tym jak otrzymałem w swoje ręce fizyczny egzemplarz. Czysta, prosta i estetyczna. Idealnie prezentuje się na regale wraz z innymi tytułami o kosmosie. Początek każdego rozdziału urozmaicono niewielkim rysunkiem wahadłowca, niby mała rzecz, a miło się na niego patrzy. W książce znajdziemy ponadto kilka stron wypełnionych zdjęciami, które pozwalają trochę odpocząć wyobraźni czytelnika i uzupełniają opowieść autora. 

I jeszcze w sprawie języka jedna rzecz. Nie da się ukryć, że w centrum kontroli porozumiewa się specjalistycznymi określeniami i skrótami. Nie utrudnia to jednak nam lektury, jako że są one na bieżąco tłumaczone, a czasem jeszcze dodatkowo objaśniane.

Kontrolerzy a astronauci

Rolę Houston doceniają szczególnie sami astronauci. Neil Armstrong odmawiał przypisywania sukcesu lądowania na Księżycu wyłącznie sobie i towarzyszącym mu kolegom. Wspominał przy tym o innych, mniej widocznych osobach zaangażowanych w program – inżynierach, technikach i kontrolerach z centrum kontroli misji w Houston. Bez nich nie byłoby żadnego lądowania. A to właśnie ci ostatni przeprowadzili bezpiecznie załogę jedenastki przez rozległą, kosmiczną pustkę na odległy księżycowy ląd.

Najnowsze artykuły

Więcej informacji

Leave A Reply

Please enter your comment!
Please enter your name here

Nie przegap ciekawych artykułów